Polish-English (Google Translate)Polnische-Deutsch (Google Translate)Polonais-Français (Google Translate)Польсько-Yкраїнського (Google Translate)Польска-беларускай (Google Translate)Lenkijos-Lietuvos (Google Translate)Poľsko-Slovenská (Google Translate)Lengyel-Magyar (Google Translate)

Fragment książki "Pułkownik z dna jeziora"

CZYTELNIA » Recenzje i zapowiedzi książkowe » Fragment książki "Pułkownik z dna jeziora"

Stefania Koncewicz

Pod wspólnym dachem

Nie znam dokładnie historii moich przodków, ale wiem na pewno, że moi pradziadkowie ze strony i ojca i matki, urodzili się i spędzili całe życie w Polańczyku. Mój ojciec Karol Kardasz urodził się w 1900 roku. W czasie pierwszejwojny światowej, jako młody chłopak, służył w oddziałach wojsk austriackich. Po wojnie „za chlebem” wyjechał do Argentyny.
Po powrocieożenił się z moją matką, wdową z czwórką dzieci – Anną Kardasz z domu Postupak. Z tego związku urodziło się dwoje dzieci: jai mój brat Kazimierz.Urodziłam się w 1940 roku, zatem niewiele pamiętam z czasów drugiej wojny światowej. Moi dziadkowie ze strony matki, ukrywali w swoim gospodarstwie rodzinę żydowską i prawdopodobnie na skutek donosu zostali schwytani przez Niemców i wywiezieni z Polańczyka. Nikt z rodziny nie znał ich dalszych losów, nie wiemy gdzie są pochowani. Z czasów walk z UPA pamiętam, że był to temat tabu, nikt nikomu nie ufał, nawet najbliższej rodzinie, wszyscy byli sparaliżowani strachem. Najbardziej w pamięci utkwiło mi jedno zdarzenie. Pewnej nocy przyszli do naszego domu banderowcy i bardzo dotkliwie pobili mojego ojca. Ojciec nigdy, nawet długo po wojnie nie mówił nic na ten temat. Dopiero po latach dowiedziałam się od pułkownika Pawłusiewicza, że był on jednym z jego łączników i za to został pobity. Uniknął śmierci dzięki naszym ukraińskim sąsiadom, którzy wstawili się za nim u banderowców, bo mimo narastających konfliktów nacjonalistycznych, my żyliśmy z sąsiadami w przyjaźni.

 

Pani Stefania Koncewicz przed domem płk. Pawłusiewicza – Rajskie styczeń 2013 r.

 

 

Wspólny wyjazd na zakupy – na wozie pani Stefania Koncewicz z dziećmi, obok stoi

J. Pawłusiewicz

 

Potem przyszedł czas przesiedleń

W roku 1946 część mieszkańców Polańczyka zostało wywiezionych do Soliny, po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że stamtąd wywieziono ich na Ukrainę. Wiosną 1947 roku my też musieliśmy opuścić nasz dom w Polańczyku. Zamieszkaliśmy u krewnych w Myczkowie. Pozostali mieszkańcy również opuścili swoje domy i przenieśli się do Myczkowa. Pozwolono nam jednak dochodzić do Polańczyka, żeby zajmować się gospodarstwem. Wszyscy bardzo się bali, nikt o nic nie pytał, nikt niczego nie tłumaczył. Jesienią wysiedlono ludność grecko-katolicką. Część mojej rodziny wyjechała w okolice Stargardu Szczecińskiego, w tym moje dwie starsze siostry, z pierwszego małżeństwa mojej matki. Niestety matka nie doczekała przesiedleń córek, gdyż wskutek wypadku zmarła w 1946 roku. W dzisiejszych czasach taki wypadek na pewno nie skończyłby się śmiercią, ale to były inne czasy. Moja matka spadła z drzewa i miała złamanie otwarte, lecz zanim dowieziono ją wozem do najbliższego szpitala w Sanoku, w ranę wdało się zakażenie. W 1948 roku do Polańczyka przyjechał ksiądz Franciszek Stopa, pierwszy powojenny proboszcz w parafii. Ksiądz Stopa sprowadził nam nauczycielkę z Jedlicz. Rozpoczęłam naukę w szkole, ale szkoła nie była na pierwszym miejscu, najważniejsze były prace w gospodarstwie. Ciężko było po powrocie ze szkoły znaleźć wolną chwilę, by odrobić lekcje. Mój ojciec ożenił się ponownie i aż do 1970 r. do śmierci, prowadził gospodarstwo w Polańczyku. W 1959 roku zmieniło się moje życie. Wtedy bowiem przyjechał do mojego ojca pułkownik Pawłusiewicz, poszukujący kogoś do pomocy przy prowadzeniu gospodarstwa
w Rajskim. Ojciec wskazał na mnie i już w niedługim czasie zamieszkałam w domu płk Pawłusiewicza,w Rajskim nad Sanem, nieopodal kopalni ropy naftowej. Moimi codziennymi obowiązkami było pranie, sprzątanie, gotowanie, pomoc przy 40 ulach w pasiece. Po mniejsze sprawunki chodziłam pieszo do Wołkowyi, po większe jeździliśmy konno. Do domu pułkownika często przyjeżdżali goście, rodzina, przyjaciele. Wielu z nich łączyła z nim wspólna pasja – łowiectwo.Byłam świadkiem wielu barwnych opowieści o polowaniach.

Pierwszy dom płk. Pawłusiewicza w Rajskim

 

Dzięki pułkownikowi nauczyłam się oprawiać upolowaną zwierzynę, oraz przyrządzać z niej potrawy. Bardzo mi się ta wiedza później przydała, ponieważ pułkownik zaraził swoją pasją łowiecką mojego męża Eustachego. Na miejscu też panu pułkownikowi nie brakowało przyjaciół. Zaprzyjaźnił się m.in. z kierownikiem kopalni Władysławem Wójcikiem. Częstym gościem w jego domu był bardzo przez niego lubiany Michał Kowalik, mieszkający wtedy w Rajskim. Znajomość ta rozpoczęła się jeszcze w Łęgu, gdzie byli sąsiadami. W partyzantce zaś, Michał był jednym z jego łączników. Pułkownik wspominał go z tamtych czasów, jako młodego, bardzo sprytnego człowieka. Michał był niskiej postury, w tamtych czasach wyglądał jak dziecko, co ułatwiało mu wykonywanie zadań łącznika. Największą pasją Pawłusiewicza były polowania, ale dużo czasu zajmowała mu hodowla psów i koni huculskich. Oprócz tego zajmował się gospodarstwem, przygotowaniem siana, opału na zimę, stolarką itp. W wolnych chwilach czytał książki.Na polowaniach zwykle towarzyszył mu Grzegorz Wójcik z Sakowczyka, z którym znali się jeszcze z czasów okupacji. Razem spędzali długie, zimowe wieczory, podczas których wspominali dawne czasy. W wolnych chwilach czytał książki.Na polowaniach zwykle towarzyszył mu Grzegorz Wójcik z Sakowczyka,z którym znali się jeszcze z czasów okupacji. Razem spędzali długie, zimowe wieczory, podczas których wspominali dawne czasy.

Od lewej Eustachy Koncewicz i płk. Pawłusiewicz na polowaniu

 

Podczas jednego z takich wieczorów dowiedziałam się, że po upadku kampanii wrześniowej w 1939 roku, po wycofaniu się z zachodniej granicy, pułkownik trafił w sowieckie ręce.Pamiętam jak wspominał, że leżeli kilka dni twarzą do ziemi na jakimś wielkim placu, bo Sowieci chcieli, by żołnierze wydali polskich oficerów. Którejś nocy jakiemuś żołnierzowi przyśniło się, że jedzie na niego czołg i narobił wielkiego zamieszania. Pułkownik wykorzystał to zamieszanie, a ponieważ leżąc tam przez kilka dni zorientował się, że tuż obok jest pole z niewykopanymi jeszcze ziemniakami, więc pociągnął za sobą swojego kompana Jana Biernata i razem ukryli się w ziemniaczanych badylach. Przeczołgali się między rzędami jak najdalej mogli, a potem biegli, biegli, biegli. Wczesnym rankiem spotkali dziewczynkę, która wskazała im drogę na plebanię. Ksiądz dał im cywilne ubrania i trochę jedzenia na drogę. Do Łęgu dotarł po trzech tygodniach. Potem w domu spędził kilka tygodni w łóżku, połamany ischiasem. Święta Bożego Narodzenia i Wielkanocy pan pułkownik spędzał w Warszawie z żyjącą wtedy jeszcze ukochaną matką, z żoną Janiną i córeczką Barbarą.

 

Płk. Pawłusiewicz z córką pani S. Koncewicz – Aleksandrą

 

Do domu w Rajskim do pułkownika często przychodzili ludzie z okolicznych wsi „za poradą”. Pawłusiewicz pisał im różne urzędowe pisma, pomagał w załatwianiu spraw, z którymi prości ludzie sobie nie radzili, a nawet jeździł osobiście do urzędów. Tych potrzebujących było sporo, np. zajmował się sprawą przyznania rent dla dwóch chorych córek pani Moskal z Sakowczyka, albo pomógł pani Szczerbie w staraniach o świadczenia po zmarłym mężu. Ludzie w podzięce często przynosili masło, śmietanę czy jajka. Pułkownik cieszył się wielkim poważaniem wśród miejscowej ludności, był przecież wykształcony i bywały w świecie. Ponadto sama sylwetka, a szczególnie silny, donośny głos, już wzbudzał szacunek. Którejś jesieni, silny wiatr przewrócił nam sławojkę. Pułkownik poprosił o pomoc młodego pracownika kopalni, by na komendę: TRZY, podnieść wychodek we troje. Następnego dnia spotkałam Michała Kowalika, który koniecznie chciał wiedzieć, co takiego wczoraj robiliśmy, że pułkownika było słychać aż w Sakowczyku, jak odliczał do trzech. W roku 1962, kiedy przygotowywano podłoże pod mające wkrótce powstać Jezioro Solińskie, pułkownik musiał opuścić dom nad Sanem i przenieść się w inną część Rajskiego. Wiedząc o tych przenosinach pułkownik już wcześniej szukał dogodnego, zacisznego miejsca na nowy dom. Kiedy mieszkaliśmy w domu nad Sanem, dokuczały nam porywiste wiatry, zwłaszcza w okresie jesieni. W takie mocno wietrzne dni, pułkownik szukał nowego miejsca. Gdy miejsce zostało już znalezione, to budowa nowego, drewniane domu poszła szybko i sprawnie. Pułkownik był w nią bardzo zaangażowany, praca fizyczna nie była mu obca. W 1963 roku już mieszkaliśmy w nowym miejscu. Obok domu szybko stanęła obora, w której zamieszkały krowy i konie. Tego samego roku wyszłam za mąż za Eustachego Koncewicza z Wołkowyi. Od tego czasu wspólnie z mężem prowadziliśmy gospodarstwo Pawłusiewicza. Rodzina męża ze strony ojca Jana pochodziła z Werlasu, ze strony matki Anny Segień – z Wołkowyi. Matka męża zmarła niedługo po jego narodzinach, wychowywany był przez babcię, często wspominaną w książce „Na dnie jeziora” – Marysię Koncewicz. Chociaż mieszkaliśmy na odludziu i nie mieliśmy wtedy żadnych sąsiadów, to w domu nigdy nie brakowało gości. Bardzo często odwiedzali pułkownika ludzie, którym pomagał w czasie okupacji i walk z UPA. Przyjeżdżali nawet z rodzinami. Pawłusiewicz przyjmował ich zawsze bardzo serdecznie. Częstym gościem był też kapitan Mikołaj Kunicki. W tym czasie pisarka Wanda Żółkiewska u pułkownika zbierała materiały do książki p.t. „DZIKUS, CZYLI WYJĘTY SPOD PRAWA”, a Krystyna Stażyk pisała „PRZECIW ŚMIERCI.” W drugiej połowie lat 60-tych za namową pułkownika, mój mąż podjął pracę w Lasach Państwowych w Nadleśnictwie Lutowiska, jako strażnik łowiecki. Był to czas, kiedy rozpoczęły się wspólne polowania męża z pułkownikiem. Początkowo, kiedy mąż jeszcze nie miał pozwolenia na broń, jego obowiązkiem było podprowadzanie psów ogarów, których pułkownik miał zawsze kilka. Najbardziej zasłużyły się w pracy na łowach: NUTKA, HAŁAS, ZAGRAJ, ŁOWISZ. Psy wracały z polowań często bardzo poturbowane, zwłaszcza przez dziki i wtedy pułkownik w świetle lampy naftowej, przy użyciu igły i dratwy „reperował” je, jak prawdziwy chirurg. Polowania odbywały się w okolicach Rajskiego, na zboczach Otrytu, Stoły i Tworylnego.

Płk. Pawłusiewicz przy pracy w swoim gospodarstwie

 

Zimą wyruszali na polowania saniami zaprzężonymi w parę hucułów. Dobrze pamiętam klacz Łyskę – pierwszego konia pułkownika w Rajskim, konia Murgę, oraz pięknego, ciemnego hucuła Jantara, który przeżył pułkownika. Latem jeżdżono wozem własnoręcznie wykonanym przez pułkownika. Znajomy wojskowy wysłał mu do tego wozu koła z jakiegoś amerykańskiego motoru. Polowali głównie na dziki, a jesienią w okresie rykowiska – na jelenia karpackiego. Kiedyś przez kilka dni tropili olbrzymiego dzika, którego nazwali GUBERNATOR, w końcu ustrzelili go w okolicach Olchowca. Dzik ważył ok. 300kg. Był to ich pierwszy wspólnie upolowany dzik. Pewnego wieczoru spadł pierwszy, świeży śnieg, pułkownik szybko zadecydował, że należy wykorzystać taką piękną ponowę.